Kategorie: Wszystkie | bebeszki | i cała reszta
RSS
piątek, 07 maja 2010
deviant show

pani-co-gra się chyba nigdy nie uwolni od tematyki seksualnej. Dopiero co wspominała ze swoim ostatnim byłym (nazwijmy go cierpiętnicą) jak podczas spaceru po lesie śledził ich ekshibicjonista-onanista, gdy zaledwie kilka dni później zobaczyła coś, co przebiło wszystkie jej dotychczasowe doświadczenia z miejskimi (bo nawet wspomniany las znajduje się w mieście) zboczeńcami (a jak!).

pani-co-gra siedzi na przystanku tramwajowym. Pochmurny poranek. Pani klnie pod nosem jako że do pracy – znowu – jest spóźniona. Ponadto cierpi, bo miesiąc puścił do niej oko. Wtem…………

Nadjeżdża tramwaj.  Zna przeciwka

Ruch przykuł spojrzenie pani-co-grającej. Ruch tramwaju i w tramwaju. Spokojny, posuwisty…

Podczas gdy nieświadoma gromadka klientów MPK ziewa, drapie się po głowach, czyta książki, planuje resztę dnia itd., motorniczy w najlepsze – grająca za kolokwializm z góry przeprasza – wali sobie konia!

 

grającą zatkało…

czwartek, 15 kwietnia 2010
Jesus Christ looks like... Pete

u nas szopka, a śmierć nie próżnuje.

cząstka tego co za mną i we mnie...

R.I.P

20:31, pani-co-gra , bebeszki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 22 lutego 2010
treść (za)czysta

nie potrafię tworzyć fabuł

w życiu, z życia, o życiu....

"wyzutość"

22:09, pani-co-gra , bebeszki
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 stycznia 2010
pan, pani, trochę wódki i prozy

pani-co-gra bawiła się wczoraj w przykładną gospodynię domową.

Przefiltrowała i porozlewała, przegryzającą się od kilku miesięcy, malinówkę i upiekła ciasto (na spirytusowych malinkach)

posprzątać, nie posprzątała bo czynności tej nie lubi i oczekuje zwykle momentu, kiedy wyboru już nie ma i posprzątać musi.

Ale wracając do spirytusu.

Kiedyś – dawno temu – pan xyż napisał niby-powieść. Było to w czasach najgorszego związkowego okresu (oczywiście o związek pana i pani tu chodzi), okresu zeszmacenia obydwu stron (choć w zupełnie inny sposób), okresu ciągłych niedomówień, wzajemnej niechęci przerywanej momentami uniesień i chwilowych słabości.

Wspomniana powieść była, w pewnym sensie, przedstawieniem i pochwałą alkoholowo – narkotykowej filozofii życia pana xyż. Z naciskiem na „narkotykową”.

W mniejszym stopniu, ale jednak, była również ukłonem w stronę pewnej kobiety, kobiety będącej przedmiotem chwilowej fascynacji autora powieści.

Z tej też przyczyny pani-co-gra nie zaistniała szczególnie na kartach owego dzieła. Szczególnie nie oznacza, niestety, że w ogóle. Bo wspomnieć o grającej autor nie omieszkał. A że nie potrafił on określić swojego ówczesnego stosunku do grającej pani (nienawidzę, bo kocham? czy w ogóle kocham? a może pragmatycznie – o regularny seks się rozchodzi?), to miło nie było.

Próbując usprawiedliwić ambiwalencję swoich uczuć względem wspominanej wciąż tu pani, zdewaluował ją i opisał/podsumował poprzez dwa artefakty – wódkę i łóżko z połamanymi szczebelkami (łatwo domyśleć się, czemu połamanymi).

I choć pani-co-gra uważa, że ocena ta jest krzywdząca, to musi jednak przyznać, że jest w niej coś, niestety, „na  rzeczy”:

charakterologicznie

hobbistycznie/naukowo (grająca zainteresowana jest tematyką seksualności – szczególnie pewnym jej aspektem w literaturze)

i tak głęboko id-cznie :)

 

złośliwe uproszczenie, a równocześnie prawda (o niej, o mnie, o sobie :))

 

a jednak pan i pani, pasowali do siebie...

…… żeby nie powiedzieć, że byli siebie warci.

środa, 13 stycznia 2010
olaboga! pornografia!!

pani-co-gra wzbudziła dzisiaj wielką wesołość trzech – jakby nie było – mężczyzn (choć mentalnie dziesięciolatków raczej).

W tramwaju wzbudziła. Po sąsiedzku z rzeczonymi panami siedząc.

A czym wzbudziła? Swoją lekturą.

Czytała bowiem książkę o uroczym tytule: „Komiks i okolice pornografii. O seksualnych stereotypach w kulturze masowej”. Dzieło Pana prof. UG, dr hab. Jerzego Szyłaka.

No i słowo „pornografia” spowodowało chyba, że się panom ciepło zrobiło i krew z mózgów odpłynęła. Opętał ich bowiem histeryczny, niepowstrzymany chichot (zawstydzeni byli zapewne) połączony z drgawkami i lekkim podskakiwaniem na siedzeniach (efekt uboczny śmiechu).

Panowie, poczuwszy się pewnie w stadzie, nie próbowali się nawet  kryć ze swoją wesołością.  I tak zwierzęcy instynkt wziął górę nad tym, co kryje się pod innym słowem występującym w tytule wspomnianej lektury – „kultura”.

poniedziałek, 11 stycznia 2010
grającej gierki (na)próżne

oj, pani-co-gra lubi grać i kręcić (co chyba oczywiste). Gorzej, że się czasem sama w swojej grze zakręca.

Bo grająca tak potrafi się zapętlić w specyficznej przyjemności gierek międzyludzkich, że z cynicznej vampirii staje się bezbronną zwierzyną. Na chwilę. Zależnie od zaangażowania. I próżności własnej.

Głupiutka jest Pani, pani-co-gra. Głupiutka.

Tak po babsku

środa, 30 grudnia 2009
życie seksualne dzikich

nie rozumiem mężczyzn.

wiem, banał

ale jednak.

 

Spotkałam ostatnio pana-od-podziwu-w-oczach (dajmy na to.. pana narcyza - to nie złośliwie. Nie chodzi bowiem o potoczne rozumienie narcyzmu) i lekko zdegustowana jestem.

Ale zacznijmy od naszego pierwszego spotkania - jakieś 9, 10 miesięcy temu.

Zignorowałam go w klubie. Zignorowałam, bo to typ podrywacza, baardzo przystojnego faceta, który niemal każdej sie podoba. Zadbany - widać, że zależy mu na fizyczności. Od razu go zaszufladkowałam. To go oczywiście zabolało.

I zmusił mnie do rozmowy. Zmusił do wypowiedzenia i wysłuchania kilku zdań - później nie mogłam sie już po prostu oderwać.

Bo pustkę z pierwszego wrażenia zapełniła nagle niesamowita inteligencja, wiedza, oczytanie, niesamowita wszechstronność. Mogłam go słuchać i słuchać. I podziwiać.

Przez kilka miesięcy mieliśmy ze sobą kontakt, ale ze spotkania ostatecznie nic nie wyszło. I nie chodziło nawet o odległość. Po prostu w panu narcyzie górę znowu wzięła ta druga strona jego natury - flirciarska.

Rozmowy z tematów tych poważnych coraz częściej zmierzały w kierunku chuci. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby to do czegoś prowadziło. Ale nie..

A  mnie, no cóż, zbyt długie gry wstępne zawsze nudziły :) No więc urwałam, i tak już cichnący, kontakt.

I ni z gruchy, ni z pietruchy przypomniał o sobie po kilku miesiącach. Że jedzie do mojego rodzinnego miasta i czy jestem. No jestem

 

Więc się spotkaliśmy.

Ale jeszcze wcześniej porozmawialiśmy o swoim życiu prywatnym, że żadnemu z nas nic poważnego się nie urodziło, że, owszem, spotykaliśmy się z jakimiś osobnikami, ale bez sukcesów.

No i się spotkaliśmy. I znowu rozmowa zeszła na sam seks. Bo po co rozmawiać o kulturze,  literaturze, świecie, o sobie itp.? (błagam, zauważajcie ironię) Ochotę miałam ogromną, ale nie poszłam. Tamtego dnia.

Następnego dnia poszłam. Wiedziałam po co. Więc bez złudzeń. Miło było.

Dlaczego więc zdegustowana jestem?

Bo przed - i w przerwach pomiędzy :) - jednak trochę porozmawialiśmy. O tym, że nie warto brać się za cokolwiek, byle tylko nie być samotnym, że związek w którym pojawia się zdrada nie ma sensu, nie należy go ciągnąć, bo zdrady będą sie powtarzać itd.

I dwa dni później okazuje się, że z kimś się spotyka! Choć sam nazywa to/ją: "moja bliższa znajoma".

No niby ok. poszłam na seks. Ale poszłam z wolnym facetem, a nie zajętym. A pan narcyz bezczelnie mi jeszcze pisze, że z nim i nią to jeszcze "za wcześnie na postawy roszczeniowe". I że bardzo lubi moje towarzystwo, że jestem ciekawa, wartościowa i chciały sie ze mną jeszcze spotkać.. Eeee

Czy to ze mną coś jest nie tak?

 

Lubię mieć kontakt z mężczyznami, z którymi coś tam mnie intymnie łączyło (i nie chodzi tu tylko o seks). Kontakt koleżeński. Bo to zdrowe. Bo się lubimy.

I pana narcyza też lubię. Nie miałam względem niego żadnych oczekiwań, ale odczuwam niesmak.

I coś mi wewnetrznie podpowiada, że powinnam czuć się bardziej urażona niż jestem.

 

Podobno zbyt tolerancyjna jestem. Dlatego pan xyż tak mi w dupę dawał. No ale w przypadku pana narcyza "za wcześnie na postawy roszczeniowe".

Niby rozumiem to doskonale (jego postawę względem osoby, z którą dopiero zaczął się spotykać i nie traktuje jeszcze poważnie), bo sama - zanim się nie zaangażuje w związek - mam zlewczy stosunek i zdarzało mi się robić różne rzeczy. Ale nigdy tak bezczelnie, samej  sobie szukając okazji.

Powtórzę więc, jak refren: coś mi wewnetrznie podpowiada, że powinnam czuć się bardziej urażona niż jestem.

 

Fascynuje mnie pan narcyz, więc pewnie się z nim spotkam, jeśli napisze. Tym razem jednak bez seksu. Jedynie koleżeńsko.

Ale chyba nawet tego nie powinnam robić??

18:46, pani-co-gra , bebeszki
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 03 grudnia 2009
SAMAELov(o)

tak pokoncertowo.

 

Przypominam sobie kim jestem.

Choć tak naprawdę nigdzie/z nikim w pełni. Nie(do)wpasowana

 

 

01:39, pani-co-gra , bebeszki
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 listopada 2009
kici kici

 

pani-co-gra wspominała niedawno (w wielce poważnym poście), że jest, szacowną, staropanieńską, właścicielką kota.

Obecność kota jest skutkiem przemyślanego impulsu :)

i przeznaczenia, rzec by można.

Potrzeba posiadania kota pojawiła się u grającej pani jakieś dwa lata temu. Okoliczności życiowe, wszechobecne gadzie języki oraz lęk przed odpowiedzialnością (tak, tak, musi to pani-co-gra przyznać) sprawiły jednak, iż zwierze to pozostało w sferze marzeń. Aż do wakacji. Wtedy to bowiem grająca zdecydowała, że nie pozwoli dalej się upupiać (idealne słowo Panie G.), weźmie się za ryj i kota adoptuje.

Zaczęło się więc przeglądanie zdjęć/ofert schronisk.

No i owszem, kotów pełno było, w większości nawet ładnych, ale żaden jakoś nie zachwycał. Do czasu, gdy pani-co-gra ujrzała lekko zblazowany pyszczek Z. Od tej chwili wiedziała, że ten, żaden inny. Impuls. Przeznaczenie.

pani-co-gra poczuła więc (koci)miętę i już.

Słusznie, jak się okazało. Bo, jak to się mówi, trafił swój na swego. Kot charakterny jako i właścicielka, podobnie uparty, ciekawski i, w pierwszym kontakcie, niedotykalski. Do tego fetyszysta. W znaczeniu nieseksualnym (choć kto go tam wie?).

Podąża w stronę światła... Wielbi żarówki.

 

Pani-co-gra, z kolei, uwielbia wszelkie wariacje nt. przeciętności.......

poniedziałek, 19 października 2009

...żyć czyimś życiem. Nie swoim...

 

czasami chciałabym ucieć i się schować. Daleko, głęboko, jeszcze głębiej.

dylematy, problemy nastolatki. A powinnam być już - niby - stateczną panią z dwójką dzieci lub dynamiczną karierowiczką.

A ja mam to gdzieś.

Ja pragnę tylko spokoju, uporządkowanego chaosu, chaotycznego porządku i mężczyzny przy boku. Mężczyzny, nie chłopaka

Chce regularnego seksu, kultury we mnie, mnie w kulturze

A żeby to wszystko zdobyć pragnę/potrzebuję odwagi. Bo warunki mam.

tylko odwagę straciłam kiedyś tam, dawno temu.

a może po prostu, wciąż, zbyt surowo się oceniam?

 

Pragnę życia

19:24, pani-co-gra , bebeszki
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4